Wydrukuj tę stronę
środa, 26 czerwca 2013 12:18

„Uniwersytet Potworny" Wyróżniony

Oceń ten artykuł
(1 głos)

Uniwersytet PotwornyDługo, bo aż dwanaście lat, przyszło czekać fanom na kontynuację przygód „Potworów i spółki" (jeśli nie liczyć czterominutowej krótkometrażówki „Nowy samochód Mike'a" z parą głównych bohaterów z 2002 r.). Tamta przebojowa komedia z 2001 roku odniosła wielki sukces kasowy i otrzymała cztery nominacje do Oscara (w tym: za najlepszy pełnometrażowy film animowany, muzykę i montaż dźwięku), z których jedna podczas gali zmieniła się w statuetkę — dla Randy'ego Newmana za piosenkę „If I Didn't Have You".


Była to czwarta kinowa produkcja wytwórni Pixar (po dwóch częściach „Toy Story"oraz „Dawno temu w trawie"), która ugruntowała markę firmy — założonej przez Steve'a Jobsa (tak, tego od iPhone'a i iPoda) i Johna Lassetera — w świecie animacji. Przetarła też szlak ku takim ich późniejszym megahitom, jak choćby: „Gdzie jest Nemo?", „Iniemamocni", „Auta", „Ratatuj" czy „Toy Story 3". Zaś reżyser „Potworów i spółki" — Pete Docter — przyłożył rękę (a nawet głos, bo okazjonalnie sam wciela się w epizodyczne postaci) do najambitniejszych chyba projektów tego studia: „WALL-E" i „Odlotu". Przy tym pierwszym był jednym z pomysłodawców niezwykłej wizji zanieczyszczonej i opuszczonej Ziemi, po której krąży już tylko zapomniany tytułowy bohater: mały robot sprzątający. Zaś „Odlot" (za który odebrał w 2010 r. swojego Oscara) — czyli pełna humoru i wzruszenia opowieść o przyjaźni staruszka z małym chłopcem i ich wyprawie latającym domem do Ameryki Południowej — to już przede wszystkim dzieło Doctera, ponieważ był jego kluczowym realizatorem i współautorem scenariusza. W tej chwili zaś pracuje nad swym trzecim samodzielnym filmem: pod roboczym tytułem „Inside Out" ma się kryć animowana wizja uczuć i emocji, postrzegania i próby zrozumienia otaczającego świata oczami dziecka, małej dziewczynki. Premiera tego kolejnego niebanalnego przedsięwzięcia zaplanowana jest na rok 2015.


Jak z tego wynika, pierwszy w dziejach Pixara prequel (czyli poprzednik, opowieść o wydarzeniach wcześniejszych niż opisane w pierwowzorze), jakim jest „Uniwersytet Potworny", zrealizowany został już przez kogoś innego. Początkowo miał to kręcić Doug Sweetland — doświadczony animator, współpracujący z wytwórnią od roku 1995 i premiery oryginalnego „Toy Story". Przy pierwszej części „Potworów" pełnił on rolę reżysera ruchu postaci, więc temat nie był mu obcy. Jednak w 2008 r. zadebiutował autorskim „Presto" — komputerową krótkometrażówką o pojedynku magika z jego niesfornym królikiem z kapelusza. Ta mała perełka, pełna humoru i wystylizowanej przemocy, była hołdem dla klasycznych kreskówek Looney Tunes, znanych każdemu, nawet w Polsce (m.in. o Kaczorze Duffym czy Strusiu Pędziwiatrze). Pokazywano ją w kinach przed arcydziełem, jakim jest „WALL-E", dzięki czemu zyskała zasłużoną popularność i nominację do Oscara w kategorii krótkich animacji. Wtedy drogi Sweetlanda z Disneyem (aktualnym właścicielem Pixara) nieco się rozeszły. W Hollywood mówi się co prawda, że coś w ramach wytwórni przygotowuje, ale na pewno nie będzie to „The Good Dinosaur" — przyszłoroczne przedsięwzięcie studia.


Paradoksalnie na krześle reżyserskim (a właściwie: przed ekranem monitora) zastąpił go dużo mniej uznany twórca. Dan Scanlon, któremu ostatecznie powierzono realizację „Uniwersytetu", wcześniej był głównie autorem storyboardów (scenariuszy w formie komiksu) do disnejowskich filmów rysunkowych w tradycyjnej technice 2D. I to nie tych topowych, pokazywanych w kinach, tylko niskobudżetowych, przeznaczonych bezpośrednio na rynek DVD — jak „Mała syrenka 2" oraz „101 dalmatyńczyków II: Londyńska przygoda". Później zaś zajmował się „Autami", do których poprawiał dialogi i również sporządzał scenorysy. Czym więc wytłumaczyć jego gwałtowny awans: od pomniejszych funkcji technicznych do reżysera i współscenarzysty wyczekiwanego hitu? Z całym szacunkiem dla Scanlona, ale chyba jedynie polityką korporacyjną.


Na skutek tego, że moloch Disney wykupił malutkiego Pixara, w ongiś luźnej, niezależnej firmie wprowadzono sztywne zasady biznesowe, które doprowadziły między innymi do tego, że jej założyciel, John Lasseter, objął funkcje dyrektorsko-nadzorcze i już dziś bezpośrednio sam filmów nie kręci. Zaś Steve Jobs wycofał się już wcześniej, koncentrując się na wyrobach swojej marki Apple (a prywatnie na przegranej walce z rakiem). W tej sytuacji ludzie tacy jak Scanlon szybko poszli w górę — i już na liście płac zeszłorocznej „Meridy Walecznej" możemy znaleźć jego nazwisko jako ważnego szefa zespołu kreatywnego. Pozostaje więc tylko mieć nadzieję, że facet rzeczywiście ma talent, bo chyba producenckie sknery ze studia Myszki Miki nie powierzyłyby dziesiątków milionów dolarów budżetu przypadkowej osobie.


W oryginalnej wersji językowej głosy podkładają oczywiście ci sami aktorzy, co w pierwszym filmie: Steve Buscemi („Wściekłe psy", „Fargo"), Billy Crystal („Kiedy Harry poznał Sally", „Depresja gangstera"), John Goodman („Big Lebowski", „Operacja Argo") czy Frank Oz (Yoda z „Gwiezdnych wojen", Miś Fozzie/Panna Piggy/Zwierzak z „Muppetów"). Obsadę dodatkowo uzupełniają tym razem: Helen Mirren (zdobywczyni Oscara za „Królową"), Alfred Molina („Magnolia", „Spider-Man 2") i Nathan Fillion (znany z seriali „Buffy: Postrach wampirów" i „Castle"). Ale to dla polskiego — skazanego na dubbing — widza nie będą specjalnie elektryzujące informacje.


Może więc kogoś bardziej zaciekawi to, że muzykę ponownie wyczarował Randy Newman — świetny kompozytor, który od 1982 roku był aż 20-krotnie nominowany do Oscara i ma w swoim posiadaniu dwie statuetki (za piosenki: do „Potworów" i „Toy Story 3"). Zaś za efekty dźwiękowe znów odpowiada Michael Silvers (sześciokrotnie nominowany i raz wyróżniony Oscarem za „Iniemamocnych" w 2005 r.), którego praca przy wcześniejszej części — razem z Garym Rydstromem — również nie przeszła niezauważona przez Amerykańską Akademię Sztuki i Techniki Filmowej. Wtedy skończyło się na nominacji; zobaczymy, jak będzie tym razem. Teraz jednak nie partneruje mu Rydstrom (bo ich drogi artystyczne rozeszły się już kilka lat temu), a Tom Myers — inny ceniony ekspert sztuki fonicznej, z trzema oscarowymi nominacjami na koncie.


Także dlatego, mimo wszystko, „Uniwersytet Potworny" to ważna pozycja dla miłośników animacji. Na każdy film Pixara czeka się co roku z nadzieją na wyjątkowe połączenie komedii, kina familijnego i wzruszającej baśni — atrakcyjne nie tylko dla młodych widzów, ale również dorosłego odbiorcy (czasem nawet bardziej, jak w przypadku „Odlotu", „Toy Story" czy „WALL-E"). Jednak ostatnie produkcje tego studia są mniejszym („Merida Waleczna") lub większym („Auta 2") rozczarowaniem i podnoszą się głosy, że pod rządami Disneya ta niezwykła wytwórnia, w pogoni za łatwym zyskiem, zbyt często stosuje uproszczenia i artystyczne kompromisy. Czy powrót do ukochanych przez wielu potworów zmieni to wrażenie i przywróci świetność ich animacji? Miejmy nadzieję, że tak — zwłaszcza, iż konkurencja nie śpi i naprawdę ciężko będzie pobić choćby fenomenalnych tegorocznych „Krudów" (wyprodukowanych przez DreamWorks).
Aha, przed projekcją — jak zawsze w przypadku produkcji Pixara — niespodzianka, tym razem zatytułowana „Błękitny parasol". To sześciominutowa zaczarowana animacja o miłości dwóch parasolek w bajkowym, rozśpiewanym mieście. Autorem tej miniaturki jest Saschka Unseld — niemiecki grafik, współpracujący z Disneyem od 2010 roku jako tzw. layout artist (czyli osoba planująca kompozycję, wygląd danego kadru). Warto zobaczyć, bo pewnie i ten mały obraz powalczy o Oscara w przyszłym roku, jak to zwykle w takich przypadkach bywa. Czyli, tradycyjnie, dostajemy dwa filmy za cenę jednego biletu. Sympatycznie, nieprawdaż?

Adam Krompiewski
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Czytany 7816 razy Ostatnio zmieniany środa, 26 czerwca 2013 12:30