Wydrukuj tę stronę
środa, 06 listopada 2013 08:12

„Grawitacja” Wyróżniony

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

grawitacjaJedną z pierwszych osób, która obejrzała „Grawitację" Alfonso Cuaróna był jego przyjaciel i wielki reżyser filmowy (którego kinomanom nie trzeba bliżej przedstawiać) — James Cameron, twórca m.in. „Titanica" i „Avatara". Po projekcji, zachwycony, powiedział: „To wielka sztuka, by nakręcić sceny tak, by wydawały się naturalne, gdy w rzeczywistości są bardzo starannie przećwiczone i zaplanowane. Niewiele osób to potrafi. Myślę, że to bardzo ważne, by ludzie w Hollywood zrozumieli, co tu się wydarzyło..."

Zasugerował więc, że mamy do czynienia z filmem niebanalnym i wybitnym. Przyjrzyjmy więc się bliżej temu obrazowi, jak i jego twórcom.
Kim więc jest reżyser tego majstersztyku? Pochodzi z Meksyku i jego pełne nazwisko brzmi Alfonso Cuarón Orozco. Zaczynał od niezależnych, rodzimych produkcji, które przyciągnęły uwagę słynnego hollywoodzkiego realizatora i producenta Sydneya Pollacka („Pożegnanie z Afryką", „Firma"). Zaprosił on młodego twórcę do Stanów, powierzając mu nakręcenie jednego z odcinków, utrzymanego w stylistyce noir, serialu „Upadłe anioły" — mającego odnowić zapomniany dziś gatunek czarnego kryminału. Dzięki temu filmowiec zaczął być kojarzony z widowiskami kostiumowymi i wkrótce powierzono mu adaptację dwóch popularnych powieści z XIX wieku: „Małej księżniczki" według utworu Frances Hodgson Burnett oraz „Wielkich nadziei" (1998) na podstawie Karola Dickensa (z Ethanem Hawke'em, Gwyneth Paltrow i Robertem De Niro). Pierwszy z tych filmów, mimo iż był niskobudżetowy i nie miał w obsadzie gwiazd, odniósł niespodziewany sukces, zdobywając dwie nominacje do Oscara (za scenografię i zdjęcia Emmanuela Lubezkiego — do którego jeszcze wrócę).
Tymczasem pozycja Cuaróna jeszcze się umocniła, gdy w 2003 roku osobiście otrzymał swoją pierwszą nominację: za napisany wraz z bratem, Carlosem, scenariusz małego filmu, który za grosze wyprodukowali i nakręcili w rodzinnych stronach. Mowa o „I twoją matkę też" — prawdziwej perełce: kinie drogi opowiadającym o przesyconej namiętnością, erotyzmem i skomplikowanymi emocjami podróży dwóch młodych chłopców wraz ze starszą kobietą samochodem po meksykańskiej prowincji. Obraz był jeszcze nominowany m.in. do dwóch statuetek Brytyjskiej Akademii Filmowej, europejskiego Feliksa (za film spoza Europy) i Złotego Globu (za tytuł nieanglojęzyczny) oraz wygrał dwie nagrody na festiwalu w Wenecji. Krytycy byli (i wciąż są) nim zachwyceni, a cały świat dowiedział się, że na horyzoncie pojawił się nowy doskonały twórca filmowy.
Posypały się też zaraz propozycje wysokobudżetowych produkcji i trochę nieopatrznie Alfonso władował się do pociągu z napisem „Harry Potter". Jego „Więzień Azkabanu" (ekranizacja trzeciego tomu sagi) zarobił oczywiście krocie i chwalono go za mroczny nastrój — co nie zmienia faktu, iż był chaotyczny, mało przystępny dla kogoś, kto nie zna książki i adresowany głównie do (milionów) fanów prozy J.K. Rowling. Sukces kasowy zapewnił za to reżyserowi niezależność artystyczną i swobodę podejmowania decyzji. Szybko ogłosił, iż już kolejnych „Potterów" kręcić nie zamierza i że zawsze pasjonował się kosmosem, tematyką science fiction i bardzo chciałby zrobić coś futurystycznego.
Był to pierwszy sygnał zapowiadający „Grawitację" i ważny krok ku jego następnemu dziełu, jakim niewątpliwie są „Ludzkie dzieci" z 2006 roku. Anegdota mówi, że Cuarón nigdy nie przeczytał powieści s-f autorstwa angielskiej pisarki P.D. James, na której ten film został oparty (choć jest jednym z autorów jego scenariusza). Nie ma to jednak większego znaczenia, bo powstał obraz niezwykły, który miłośnicy fantastyki szybko okrzyknęli wydarzeniem i jedną z najlepszych produkcji tego gatunku w dziejach kinematografii. Niesamowicie napisana, sfilmowana (zdjęcia Lubezkiego nazwano przełomem w fotografowaniu kina akcji na miarę dokonań Janusza Kamińskiego przy „Szeregowcu Ryanie" Spielberga sprzed lat) i zmontowana historia opowiada o przerażającej wędrówce przypadkowego człowieka, który eskortuje młodziutką, ciężarną dziewczynę do jakiegoś mitycznego schronienia, w rozpadającym się, zdegradowanym, brutalnym świecie — gdzie kobiety przestały rodzić dzieci i ludzkość stanęła na krawędzi zagłady. Trzy oscarowe nominacje (w wymienionych w poprzednim zdaniu dziedzinach) oraz zachwyt widzów wyniosły genialnego Meksykanina na kolejny poziom i pozwoliły mu przystąpić do długiej i skomplikowanej pracy nad „Grawitacją" — o czym zaraz opowiem. Dziś wraz z kolegami — takimi jak choćby Alejandro González Iñárritu czy Guillermo del Toro (z którym współprodukował popularny „Labirynt Fauna" w 2006 roku) — Cuarón należy do grupy niezwykłych latynoskich artystów, którzy z powodzeniem zmieniają współczesne kino amerykańskie i światowe.
Oryginalny scenariusz „Grawitacji" zaczął powstawać jeszcze przed premierą „Ludzkich dzieci". Alfonso pisał go wraz ze swym synem Jonásem dla wytwórni Universal, jednak droga do produkcji filmu miała potrwać jeszcze kilka ładnych lat. Decydenci tego studia chcieli pozyskać do głównej roli kobiecej Angelinę Jolie, jednak ostatecznie uznali, że całość jest zbyt ryzykowna i kosztowna — i odmówili finansowania. Ich decyzję można częściowo zrozumieć, ponieważ te siedem lat temu projekt wydawał się tak ambitny (pod względem zdjęć, efektów wizualnych i realizmu przedstawienia bezdusznego, zimnego kosmosu), że Cuarón musiał zaczekać, aż technika filmowa stanie się na tyle zaawansowana, by w pełni urzeczywistnić jego wizję. Spełniło się to oczywiście w roku 2009 za sprawą „Avatara" Jamesa Camerona, który był kolejnym technologicznym przełomem i w Hollywood otworzył szeroko drzwi zwolennikom tworzenia kina prawie wyłącznie za pomocą grafiki komputerowej.
Reżyser, autor zdjęć Emmanuel Lubezki i twórca efektów wizualnych Tim Webber („Mroczny rycerz") już wcześniej stwierdzili, że nie mogą nakręcić „Grawitacji" w tradycyjny sposób — jak początkowo planowali. Na przykład do scen spaceru kosmicznego, jak mówi Webber: „Zdecydowaliśmy się sfilmować twarze (aktorów), a wszystko inne stworzyć cyfrowo. Co było dość trudną decyzją". Lubezki wyjaśnia, iż aby efekt był wiarygodny, oblicza należało dodatkowo podświetlić, by później dopasować do nich całe komputerowe tło. Bez względu na to, czy bohaterowie unosili się delikatnie, zmieniali kierunek ruchu czy spadali w przestrzeń, oświetlenie to musiało idealnie pasować do obrazów Ziemi, Słońca i gwiazd na dalszym planie. „To bardzo łatwo popsuć" — opowiada operator — „jeśli światło porusza się z niedopasowaną prędkością, znajduje się w niewłaściwym miejscu, jeżeli jego kontrast i intensywność na twarzy są źle dobrane, itd." Wybitny twórca zdjęć zaproponował Cuarónowi, by wykonać to w następujący sposób: włożyć ekran LCD do dużej skrzyni, umieścić tam aktora i użyć migających kryształów monitora do odpowiedniego podświetlania twarzy. W ten sposób, zamiast poruszać całym ludzkim ciałem pod statycznymi lampami, przesuwano tylko ekran i jednocześnie z zewnątrz nagrywano powstający, zmieniający się, obraz. To tzw. „pudełko światła" było kluczowe dla wyglądu scen rozgrywających się w kosmosie, choć liczy tylko niecałe 3 metry i mieści się w nim na raz tylko jedna osoba — sam odtwórca, bez kamerzysty czy jakiegokolwiek sprzętu.
Pomysł tak realizowanego filmu podjął w 2010 roku Warner Bros. i zaczął się żmudny etap przygotowań i castingów. Wystarczy powiedzieć, iż do roli kosmonautki przymierzano po kolei: Rachel Weisz („Mumia", „Oz: Wielki i Potężny"), Naomi Watts („King Kong", „Diana"), Natalie Portman („Czarny łabędź", „Thor"), Marion Cotillard („Niczego nie żałuję — Edith Piaf", „Incepcja"), Abbie Cornish („Jestem Bogiem", „7 psychopatów"), Carey Mulligan („Drive", „Wielki Gatsby"), Siennę Miller („G.I. Joe: Czas Kobry", „Dziewczyna Hitchcocka"), Scarlett Johansson („Wszystko gra", „Avengers"), Blake Lively („Miasto złodziei", „Green Lantern"), Rebeccę Hall („Vicky Cristina Barcelona", „Iron Man 3") i Olivię Wilde („Tron: Dziedzictwo", „Wyścig").
Na koniec Cuarón wybrał wreszcie Sandrę Bullock — która była akurat na fali po zdobyciu Oscara za swą kreację w „Wielkim Mike'u" i zgodziła się na rygorystyczny trening fizyczny — oraz Roberta Downeya Juniora. Aktor ten jednak wkrótce zrezygnował, angażując się w zamian w komercyjne hity o przygodach Tony'ego Starka („Avengers", „Iron Man 3") i Sherlocka Holmesa („Gra cieni"). Jego miejsce zajął George Clooney — co okazało się pomysłem o tyle trafionym, że jest on przecież nie tylko popularnym aktorem, ale także cenionym scenarzystą: dwukrotnie nominowanym do Oscara (za „Good Night, and Good Luck" oraz „Idy marcowe"). Podobno znacząco pomógł on ojcu i synowi Cuarónom w ostatnich poprawkach tekstu, chociaż jego nazwiska w tej roli na ekranie nie znajdziemy (ale najnowsze źródła podają ten obraz w jego scenopisarskiej filmografii jako „uncredited" czyli „niewymieniony w czołówce").
Wrócę jeszcze do Bullock, która raczej nie była dotąd kojarzona z pracą nad produkcjami wymagającymi od niej wielkiej sprawności mięśni. Do tej roli jednak poddała się wyczerpującym sześciomiesięcznym ćwiczeniom przed rozpoczęciem zdjęć, równocześnie analizując z reżyserem przez ten czas los swojej bohaterki w najdrobniejszych detalach. Cuarón mówi: "Bardziej niż o czymkolwiek innym, rozmawialiśmy o jednym z tematów filmu: możliwości odrodzenia po nieszczęściu." Razem opracowywali każdą scenę, a powstałe notatki aktorki wykorzystano potem przy wstępnej animacji i programowaniu sprzętu. Oboje skupili się też na jednym kluczowym aspekcie gry aktorskiej: oddechu astronautki i — wedle słów samego reżysera — na tym, „jak oddychanie wyraża emocje, gdy na przykład ma na nią wpływ stres lub brak tlenu". Bullock konsultowała się także z prawdziwą kosmonautką: Catherine Coleman — amerykańską chemik i uczestniczką dwóch misji wahadłowców.
Kontrolując pracę płuc, aktorka musiała jednocześnie zapamiętywać długie kombinacje precyzyjnych ruchów, a nawet starannie koordynować je względem kamery i całego oprzyrządowania. Zamiłowanie Cuaróna i Lubezkiego do długich ujęć na pewno także nie ułatwiało jej zadania. Tak staranne przygotowania doprowadziły jednak do sytuacji, że jej praca wygląda w rezultacie jak dopracowany w każdym szczególe taniec bądź cyrkowy numer akrobatyczny i na koniec — jak twierdzi reżyser — „pozostały tylko prawda i emocje".
Na ekranie przez cały czas trwania filmu (około 90 minut, czyli dokładnie tyle, by pokazana stacja kosmiczna ISS wykonała jedno pełne okrążenie kuli ziemskiej) zobaczymy tylko dwoje osób. Usłyszymy jednak także głosy z obsługi naziemnej misji. Główny z nich należy do świetnego aktora Eda Harrisa („Truman Show", „Piękny umysł"), który tym samym w symboliczny sposób powtarza swoją słynną rolę z „Apollo 13" — gdzie grał postać autentyczną, Gene'a Kranza, słynnego kontrolera NASA (za co otrzymał w 1996 roku pierwszą z czterech swych oscarowych nominacji).
Jeszcze dziwniejszym nawiązaniem jest naukowiec z Ziemi, mówiący głosem Grenlandczyka Orto Ignatiussena. Aktor ten wystąpił przed laty w krótkometrażówce „Aningaaq" wyreżyserowanej przez młodego Jonása Cuaróna — gdzie wcielił się w rybaka o tytułowym imieniu, który biwakuje na polu lodowym nad zamarzniętym fiordem wraz z córką i zaprzęgowym psem. Zarówno jego nietypowe miano, jak i wspomniani towarzysze, zostają w „Grawitacji" przywołani podczas rozmowy radiowej z bazą orbitalną. Miłośnicy dobrej literatury s-f na pewno zauważą także numer 42 na jednym z kombinezonów. To oczywiście ambitne odniesienie do „Autostopem przez Galaktykę" Douglasa Adamsa i liczby, która według tej kultowej powieści jest odpowiedzią na Wielkie (Ostateczne) Pytanie o Życie, Wszechświat i całą resztę.
Jednocześnie film obfituje w smaczki naukowe, dla osób interesujących się na serio fizyką przestrzeni wokółziemskiej czy — szerzej — astronomią. Fabuła opiera się w dużej mierze np. na zagadnieniach tzw. Syndromu Kesslera i problematyki kosmicznych odpadków, śmieci. Przedstawiona futurystyczna stacja wzorowana jest zaś na współczesnych planach Chińczyków, którzy planują wybudowanie podobnego obiektu na orbicie do roku 2022 w ramach swego projektu Tiangong. Zaś ci, którym nie podobają się bzyczące lasery i wybuchające z hukiem statki w space operach, typu „Gwiezdne wojny" czy „Star Trek", odetchną z ulgą, gdy usłyszą, że tu w próżni zawsze panuje bezwzględna cisza (chociaż do zwiastunów wytwórnia kazała dodać takie efekty dla zwiększenia napięcia). Jedyne dźwięki, jakie usłyszymy, to mechaniczne odgłosy np. tarcia, przekazywane przez mikrofony w hełmach astronautów — jak w rzeczywistych misjach załogowych.
„Grawitacja" zbiera wspaniałe recenzje — zarówno wśród miłośników science-fiction, jak i profesjonalnych krytyków — a do tego świetnie się sprzedaje, wypełniając sale kinowe, gdziekolwiek jest pokazywana. Ten sukces zapewne wkrótce zostanie potwierdzony nominacjami do przyszłorocznych Złotych Globów i Oscarów. Wielu zresztą już okrzyknęło dzieło Cuaróna filmem roku (i nie tylko, o czym świadczy wysoka pozycja tego tytułu na wielu internetowych listach najlepszych produkcji wszechczasów), porównując go do „Avatara" czy „Życia Pi". Czy naprawdę mamy do czynienia z czymś tak wybitnym? Przekonajmy się sami, już od 13 listopada w drawskim Ośrodku Kultury.

Adam Krompiewski
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Czytany 7636 razy Ostatnio zmieniany środa, 06 listopada 2013 08:50